☔ Jak Znaleźć Coś Co Się Zgubiło

Okazuje się, że tak, a mimo to w historii znajdujesz przelew, którego nie zrealizowałeś. Najpewniej doszło do kradzieży pieniędzy i zadajesz sobie pytanie, co zrobić, gdy ktoś wypłacił pieniądze z mojego konta. Kradzież pieniędzy z konta bankowego należy jak najszybciej zgłosić. Nie zwlekaj, połącz się z infolinią banku. Jak znaleźć coś co się lubi? Jak znaleźć coś co się lubi? Wprowadzenie W dzisiejszych czasach, kiedy mamy dostęp do ogromnej ilości informacji, znalezienie czegoś, co się lubi, może być trudne. Wielu z nas spędza wiele godzin na przeglądaniu internetu, szukając inspiracji i próbując znaleźć swoje prawdziwe powołanie. W tym artykule podzielimy się kilkoma wskazówkami, … Obiecuje sprawę załatwić co prawda ASAP, ale wiadomo jak to jest z obietnicami. Pozostaje więc przeglądarka. Po drugie, twórcy usługi założyli dość błędnie, że każdy zawsze i Zdziwisz się, jak potrafią się zmieścić nawet w najciaśniejsze zakamarki w Twoim domu oraz buszować w takich miejscach, o których istnieniu nie miałeś pojęcia. Co utrudnia ich znalezienie to fakt, że to zwierzęta nocne, więc będziesz musiał poczekać aż do zapadnięcia zmroku, by je usłyszeć, jak chodzą po domu. Trudne pytanie. Poszukiwania zawsze rozpoczyna się od miejsca, gdzie coś lub kogoś się zgubiło. Kiedy kobiecie z przypowieści gdzieś zapodziała się drachma (por. Łk 15, 8–10), to było oczywiste, że ma jej szukać we własnym domu, a nie u sąsiadki, do której ostatnio wcale nie chodziła. Pytanie było więc oczywiste, ale trudne. Spróbuj zrobić porządek w swoim pokoju, domu, samochodzie, torebce, plecaku czy innym miejscu, w którym prawdopodobnie zgubiłaś daną rzecz. Przedmioty rzadko znikają z idealnie posprzątanych miejsc. Tylko dokładne sprzątanie może pomóc ci w odnalezieniu zguby. Jeśli i to zawiedzie, przynajmniej będziesz mieć porządek. Przeczytałem artykuł od początku do końca, żeby dowiedzieć się, co zrobić, kiedy zgubiło się lub zapomniało dokumentów tuż przed podróżą (jak tytuł sugeruje). I takiej rady nie znalazłem. Poziom dziennikarstwa na żenującym poziomie. Zgubiłem mandat – dzwonić do skarbówki? I to jest właściwy trop oraz sposób na to, jak zapłacić zgubiony mandat. Informacji na temat danych z naszego mandatu może nam udzielić właśnie urząd skarbowy. Ponadto dobra wiadomość jest taka, że wcale nie musi to być urząd skarbowy w miejscu, w którym „zarobiliśmy” mandat. Są tam wszystkie hotele, miejsca, ludzie czy restauracje, które mieliśmy okazję odwiedzić i poznać. Myślę, że udało się w tym wpisie przedstawić wszystko, co musisz wiedzieć, wyjeżdżając na Zanzibar na własną rękę. Jeśli pojawiłyby się jakieś pytania, to zachęcam do zostawiania pytań w komentarzach. Na wszystkie Może okazać się to problematyczne w momencie, kiedy potrzebujesz jak najszybciej dostać się do samochodu i z niego skorzystać. Jeśli jednak zdecydujesz się na dorabianie kluczyka do auta, zyskujesz pewność, że otrzymasz oryginalny klucz z immobilizerem (oczywiście, jeśli zgubiony klucz miał takie zabezpieczenie). Poważnie, przejdź przez dom, tak jak robiłbyś to, wychodząc z samochodu po ostatnim klucze. Spójrz na wszystkie mijane powierzchnie, czyli na podłogę, każdy ze stołów i krzeseł, a jeśli odłożysz zakupy na półki, te są przechowywane. Jeśli ten pierwszy spacer okaże się nie pracuj, zejdź, aby spojrzeć na podłogę i zajrzyj Jego użycie sprowadza się do prostych działań: musisz wysłać krótką wiadomość na numer usługi 6677 zawierający numer telefonu zgubionej osoby. Następnie pojawi się wiadomość SMS z prośbą o potwierdzenie swojej lokalizacji i zgodę na przekazanie takich informacji. To jest główny warunek. pQo0. Mikołaj Frączak / 17 września 2019 Reklamacja bez paragonu W jednym z krakowskich centrów handlowych nasza czytelniczka kupiła wymarzone buty, na które polowała od wielu miesięcy. Niestety, w krótkim czasie okazało się, że oprócz świetnego dizajnu mają jedną wadę – słabe wykonanie, które skutkowało pęknięciem podeszwy po tygodniu używania. Szybko zorientowała się, że w ferworze zakupów zagubiła paragon potwierdzający ich zakup. Swoją sytuację określiła jako beznadziejną i odstąpiła od procedury reklamacyjnej. Buty wyrzuciła. Popełniła błąd, sugerując się wcześniejszymi doświadczeniami, kiedy sprzedawcy domagali się wydruku z kasy w procesie reklamacyjnym, a mogła zrobić to zupełnie inaczej. Ta lekcja kosztowała ją trzysta trzydzieści dziewięć złotych. Co zamiast paragonu w przypadku reklamacji? Co mogła zrobić pani Anna? Przeanalizujmy możliwości, jakie dopuszcza prawo w procesie reklamacji. Po pierwsze – sposób płatności. Pani Anna kupowała swoje buty płacąc kartą płatniczą. Kosztowały 339,00 złotych. Były jedynym produktem, jaki wówczas nabywała w sklepie. Właśnie takie obciążenie figuruje na jej wyciągu z konta, a zatem pierwszy dowód ich zakupu już ma, wraz z datą, godziną i miejscem zrealizowanej transakcji. Po drugie – świadkowie. Dla pani Anny zakupy to świetna okazja do wspólnego spędzenia czasu z przyjaciółkami, które razem z nią były w sklepie i doradzały jej przy zakupie. Zgodnie z prawem konsumenckim zeznania świadków również mogą być potraktowane jako dowód w postępowaniu reklamacyjnym. Po trzecie – zdjęcie w komunikatorze. Pani Anna uwielbia dzielić się ze znajomymi wszystkim, co ją cieszy. Niedługo po zakupie przesłała zdjęcie butów swojej siostrze i bratowej. Zdjęcie w telefonie posiada w metadanych datę, godzinę a nawet miejsce jego wykonania – kolejny dowód, że buty faktycznie były jej własnością i w danym dniu prezentowały się jeszcze całkiem nieźle. Czy paragon faktycznie jest niezbędny przy reklamacji? Prawidłowa odpowiedź na to pytanie brzmi: paragon jest bardzo pomocny w procedurze reklamacji. Jeśli go zgubimy lub pod wpływem czasu wyblaknie, są inne sposoby na udowodnienia zakupu. Również w takim przypadku mamy prawo skorzystać z rękojmi lub gwarancji (jeśli została udzielona). Nie ma wątpliwości jednak, że paragon jest w stanie nam bardzo pomóc. Jeśli oprócz paragonu otrzymaliśmy także kartę gwarancyjną dopilnujmy, aby była ona opisana wraz z datą zakupu i pieczątką sklepu. Wówczas paragonem nie powinniśmy się przejmować, nawet jeśli sprzedawca mówi coś innego. Zdarza się, że z uwagi na technikę wydruku, po kilku miesiącach stanie się on nieczytelny, a karta gwarancyjna pozostanie jedynym, ale bardzo wiarygodnym dowodem zakupu towaru. Terminy reklamacji — infografika Katarzyna Grum Sprzedawca nie chce uznać innych dowodów zakupu niż paragon Jeżeli sprzedawca nie chce uznać innych dowodów zakupu niż wydruk z kasy fiskalnej pozostaje nam droga formalna na przykład przez miejskiego lub powiatowego rzecznika praw konsumentów lub Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta, który już kilka razy przypominał, że paragon nie jest jedynym dokumentem, jaki możemy użyć w procedurze reklamacyjnej. Podsumowując, procedura gwarancyjna bez paragonu może być dłuższa i trudniejsza, ale w żadnym razie nie jest niemożliwa do przeprowadzenia. Wynika to nie z przyjętych przez sklepy praktyk, ale przede wszystkim z praw przysługujących konsumentom. Zdjęcie paragonów w telefonie Dobrym pomysłem dla przezornych jest fotografowanie paragonów telefonem komórkowym. Dobrze jest założyć sobie specjalny folder, w którym gromadzimy zdjęcia dowodów sprzedaży. Najlepiej, jeśli zdjęcia wydruków będziemy robić jeszcze tego samego dnia – ułatwi nam to ich wyszukiwanie po dacie sprzedaży. Istnieją nawet specjalne aplikacje, jak na przykład PanParagon, pozwalające nie tylko na „kolekcjonowanie” dowodów sprzedaży, ale także przypominające o terminie gwarancji. Porządek w portfelu (i naszych prawach) gwarantowany. Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami prawnymi, zapraszamy do naszego serwisu ponownie!Jeżeli podobał Ci się artykuł podziel się z innymi udostępniając go w mediach społecznościowych - poniżej masz szybkie linki do udostępnień. Czy ten artykuł był przydatny? Odpowiedzi przypomnij sobie gdzie po raz ostatni miałaś w ręku np. pamiętnik. Jeżeli nie pamiętasz to sprzątaj w pokoju na tzw. "błysk" tzn. jak mi się nudzi to książki ubrania i wgl wszystko wyciągam z szaf i biurka i wycieram kurze i na nowo segereguje co zostaje co do śmieci a przy okazji znajduję miliony rzeczy o których zapomniałam, a zapamiętaj,że jeśli czegoś szukasz a nie umiesz znaleźć,znaczy to że ta rzecz jest blisko. bo to działa na tej zasadzie:niepotrzebuję-rzucam tym na prawo i lewopotrzebne- do śmierci tego nie znajdę ostatnio tak szukałam mojego portfela z dowodem kartą do banokamtu i z ważnymi papierami bo jechałam do lekarza, i okazało się,że leżał w biurku ^ xD szukaj ich zobacz za łóżkiem za biurkiem na podłodze a przy okazji postprzątaj pokój zobacz w plecaku i ogólnie we wszystkich pokojach i w łazience napewno się znajdzie ale musisz szukać dokładnie ;D ja tam powtarzam caaaaly dzien gdzie chodzilam itp i jak napisano powyzej sprobuj sb przypomniec gdzie to zostawilasw moim przypadku nie szukam tego co zgubilam bo po ok 3 mies to znajde :D eliza321 odpowiedział(a) o 13:16 Przypomnij sobie co ostatnio z nimi robiłaś, gdzie położyłaś. Zapytaj czlonków rodziny może widzieli gdzieś. Bullbull odpowiedział(a) o 09:48 Przypomnij sobie gdzie ostatnio miałeś swoją zgubioną rzecz, poszukaj jej w tym miejscu, gdzie tam była zanim ją zgubiłeś. Ja zgubiłam tydzień temu 50 złotych gdzieś w domu. Wiesz co? Znajdziesz te rzeczy wtedy jak Ci nie będą potrzebne. Sadze, ze na razie nie znajdziesz. Takie rzeczy są najczęściej w głupich miejscach- tam gdzie nawet nie pomyslalabys.[LINK]. Odpowiesz? spróbuj sobie przypomnieć gdzie je ostatnio widziałaś. Uważasz, że ktoś się myli? lub Czasem wystarczy chwila – w tłumie, sklepie, na plaży – żeby rozbrykany malec zniknął z oczu. Obyś nigdy nie znalazła się w takiej sytuacji! Na wszelki wypadek jednak przeczytaj. Aż boisz się pomyśleć, że to mogłoby się wam przydarzyć? Lepiej, by nasze rady nie okazały się potrzebne. Ale ryzyko istnieje. Czy twoja pociecha wie, jak się zachować, gdy się zgubi? Łagodnie i bez straszenia przygotuj ją na taką ewentualność. Naucz dziecko, jak się nazywa Przede wszystkim sprawdź, czy potrafi powiedzieć, jak się nazywa i gdzie mieszka. Ćwicz tę umiejętność w zabawie i od czasu do czasu powtarzaj. Trzy- lub czterolatek szybko się uczy, ale też prędko zapomina. A te wiadomości powinien mieć w główce zawsze. Starszak może też zapamiętać numer twojego telefonu komórkowego. Jednak pod wpływem stresu (gdy się zgubi) nawet bardzo rezolutny przedszkolak może zapomnieć nazwiska. Wiele kurtek i bluz ma wewnątrz specjalne naszywki – nie wpisuj tam pełnych danych dziecka, wystarczy imię i numer twojej komórki. W Internecie można zamówić bransoletkę z numerem telefonu, którą malec może nosić np. na plaży. Gdyby się zgubił, osoba, która go znajdzie, będzie mogła szybko się z tobą skontaktować. - Uczmy też dziecko, kim jest policjant, ochroniarz, strażnik miejski, obsługa sklepu. Na spacerze lub podczas zakupów pokazujmy mu takie osoby: „To jest pan ochroniarz. Gdybyś się zgubiła, zorientowała się, że nas nie ma, podejdź i powiedz, że szukasz rodziców” – radzi Mariola Pietroń-Ratyńska, psycholog. Trzymaj dziecko za rękę, by się nie zgubiło W tłumie zawsze trzymaj dziecko za rękę. Przypominaj mu i powtarzaj: „Bądź blisko mnie, patrz, gdzie jestem, nie odchodź”. – Gdy maluch się nas ładnie pilnuje, nagradzajmy go za to, chwalmy, żeby utrwalić dobre nawyki – podpowiada psycholog. Kilkuletnie dziecko jest ufne, nie umie odróżnić ludzi dobrych od złych. Może oddalić się, gdy zobaczy coś ciekawego (np. zabawkę na wystawie sklepu). Dlatego nie wolno go spuścić z oka! Uprzedź malca, że coś takiego jak zgubienie się może się zdarzyć. Zapewnij, że zawsze będziesz go szukać i na pewno wrócisz. Starszy przedszkolak już sobie potrafi wyobrazić, że jeśli rodzice zniknęli, to wkrótce wrócą. Trzylatek może mieć z tym kłopoty i przez to jeszcze bardziej się przestraszyć. Przestrzegaj dziecko przed obcymi Trzeba dziecku tłumaczyć, że nie każdej osobie można ufać, bo nie każdy jest dobry. Uprzedzić, że nie należy odpowiadać na pytania, jeśli ktoś wypytuje o różne rzeczy dotyczące rodziny. Mówić, że są miejsca na ciele, których obcy nie może dotykać. Wyjaśnij też, że nie wolno dać się obcej osobie wyprowadzić z miejsca, w którym się zgubiło. Wyjaśnij, że na pewno nie będziesz czekała na zewnątrz i na pewno nie poprosisz nikogo obcego, żeby je zabrał do ciebie, tylko sama przyjdziesz. Zachęcaj dziecko, by głośno protestował, gdyby ktoś próbował go zabrać. Musi wiedzieć, że może (i powinno!) to robić i nikt nie będzie miał tego za złe. Tłumacz: „Trzeba krzyczeć, żeby inni zwrócili uwagę, że dzieje się coś złego”. Może przydać się gwizdek. Jeśli twój maluch ma tendencje do znikania, powieś mu go na szyi. Zobacz też: Na co pozwalać dziecku na wakacjach Wyobraźcie sobie, że zaplanowaliście świetną wycieczkę. Ktoś opowiedział wam o fantastycznym miejscu, w którym nigdy nie byliście i chcecie je znaleźć. Pakujecie ekwipunek i wyżerkę do samochodu, wsiadacie i wpisujecie do nawigacji jedyną informację, jaką macie – współrzędne. Droga trochę wam się dłuży, bo już byście chcieli być na miejscu. Nie zauważacie kwitnących łąk, pól uprawnych układających się w malownicze pasy zieleni i żółci, błękitu nieba. Po prostu jedziecie. Gdy dojeżdżacie, wasza droga się kończy, ale nawigacja pokazuje, że jeszcze nie dotarliście do celu. Wysiadacie więc z auta lekko wkurzeni i zaczynacie szukać. Wszędzie jednak natykacie się na krzaki i inne chaszcze. W końcu po godzinie rezygnujecie i wracacie do domu z poczuciem ogromnego niedosytu. Nie wzięliście zwykłej mapy, nie mogliście się dodzwonić do osoby, która wam o tym miejscu powiedziała. Jesteście sfrustrowani. Co dalej? Zawsze czułam się zagubiona. Jako dziewczynka, dziewczyna, kobieta. Zawsze czułam się nie na miejscu, w nieodpowiednim czasie i sytuacji. Gdy coś zaczynało grać ze sobą nawzajem, były to momenty pełne mojej uważności, doświadczania życia w 100%. Poza nimi czułam ciągły niedosyt, wręcz frustrację. Miałam wrażenie, że się marnuję, że moje życie nie ma celu, a więc i sensu. Nie mogłam odnaleźć siebie… No właśnie – co z tym odnajdywaniem siebie? Dlaczego nie mogę odnaleźć siebie? To pytanie bardzo mnie męczyło. Dopiero kilka mądrych książek i wywiadów otworzyło mi oczy – nie mogę odnaleźć siebie, bo nie jestem nigdzie ukryta! Wiem, że to brzmi trochę absurdalnie, ale okazuje się, że wystarczy zastosować zdrową logikę, żeby ten problem rozwiązać. Odnaleźć można tylko to, co się zgubiło lub jest głęboko ukryte. Niektórzy “szukając siebie” eksperymentują z narkotykami albo jadą na Bali. Tylko, że to wymówki. Nie można odnaleźć siebie, bo my jesteśmy tu i teraz. Każdego dnia, każde nasze działanie lub zaniechanie nas tworzy. Co dzień TWORZYMY samych siebie, kreujemy nasze życie, a nie odnajdujemy go. Prawda, że można w końcu poczuć ulgę? Jak nadać życiu sens? Tworzenie swojego życia nieodwołalnie wiąże się z poczuciem jego sensu. Choć jest nas już na Ziemi ponad siedem miliardów, każdy z nas chce czuć, że ma jakieś znaczenie, a nie jest tylko drobnym ziarenkiem piasku w piaskownicy życia (cóż za metafora!). Otóż sens biologiczny naszego życia jest zawsze i jest prosty – przekazywać dalej materiał genetyczny, w miarę możliwości starając się zachować Ziemię w stanie możliwym do egzystencji kolejnych nosicieli tego materiału (hmm). Jednak bardzo dużo osób twierdzi, że ich życie nie ma sensu – na końcu i tak czeka na nas wiadomy finał, więc po co się starać, wysilać, żyłować? Tu zaczyna się problem. I frustracja. I depresja. I nihilizm. Łatwo w taki stan popaść, wyzwaniem jest przyjąć postawę odwrotną. Spójrzmy, co mówi na ten temat ekspert – Viktor Frankl, czyli austriacki psychiatra, który na własnej skórze doświadczył piekła Holokaustu, przez które jednak przeszedł NIE TRACĄC sensu życia i poświęcając się potem w swojej pracy naukowej przywracaniu sensu życia innym ludziom: Formułowanie pytania o sens życia w tak ogólny sposób przypomina pytanie mistrza szachowe­go: „Mistrzu, czy możesz mi zdradzić, które posunięcie jest najbardziej skuteczne?”. W szachach nie istnieje coś takiego, jak najlepszy czy nawet dobry ruch w ogóle, w oderwaniu od konkretnej sytuacji na szachownicy czy charakteru przeciwnika. To samo dotyczy ludzkiej egzystencji. Nie należy poszukiwać w życiu jakiegoś abstrakcyjnego sensu. Każdy człowiek ma swoje wyjątkowe powołanie czy misję, której celem jest wypełnienie konkretnego zadania. Nikt nas w tym nie wyręczy ani nie zastąpi, tak jak nie dostaniemy szansy, aby drugi raz przeżyć swoje życie. A zatem każdy z nas ma do wykonania wyjątkowe zadanie, tak jak wyjątkowa jest okazja, aby je wykonać. Sens swojego życia tworzymy każdego dnia – poprzez cele, które obieramy, nastawienie, które przyjmujemy, wybory, których dokonujemy. Nie odnajdujemy go, lecz wytyczamy. To my mamy siłę sprawczą w tym zakresie, a przyznanie jej komuś innemu – odbiera nam odpowiedzialność za nasze życie. Viktor Frankl w swojej pracy realizował cel, jakim była pomoc innym w tworzeniu swojego sensu życia. Jak? Trzy konkretne punkty: codzienna praca z motywacją, żyć miłością i mieć odwagę, by w każdej chwili radzić sobie z przeciwnościami. Cytat za blogiem Piękno Umysłu Całkiem niezły sposób na życie 🙂 O miłości i odwadze będę jeszcze w tym miesiącu pisać. Teraz skupię się na konkretach. Skoro już wiemy, że nic nie czeka na nas do odkrycia, a raczej do tworzenia i działania, pomyślmy, co trzeba zmienić w naszym życiu lub na czym się skupić, aby codziennie tworzyć słynną już “najlepszą wersję siebie”. Na jakich elementach muszę się skupić, aby żyć tak jak naprawdę chcę? Po pierwsze, zastanowić się, jak chcę żyć. Po drugie, skoncentrować się na następujących elementach: 1. Nawyki Jak mówi znane hasło motywacyjne, nasze życie kształtuje nie to, co robimy raz na jakiś czas, ale to, co robimy stale. Co to oznacza? Codzienność, rutyna są bardzo ważne, bo tak naprawdę z nich składa się nasze życie. No chyba, że jesteśmy Beyonce, to rutyna nabiera nieco innego znaczenia, ale jako że większości z nas to raczej nie grozi, skupmy się na tym, co mamy tu i teraz. A mamy codzienność. Łatwo ją zdeprecjonować, bo rzadko kiedy jest tak urocza jak na fotkach z Instagrama, ale warto sobie uświadomić, że nasze nastawienie do niej zależy od NAS. Warto pracować nad wdzięcznością za to, że możemy jej doświadczać, a poza tym przestać narzekać i wziąć się do roboty. Chcesz jeść lepsze śniadania? Zacznij je planować. Chcesz rano biegać? Zacznij wcześniej wstawać. Chcesz więcej czytać? Wyłącz telewizor i czytaj. Takie decyzje są zazwyczaj wyłącznie w naszych rękach, więc warto się pożegnać z rolą ofiary zastanych okoliczności i zabrać się do pracy. Czasem nawet przed drobną decyzją trzeba się zatrzymać i pomyśleć – kawa czy herbata, woda czy sok, usiąść czy wstać. W ogólnym rozrachunku WSZYSTKO to ma znaczenie. 2. Ocenianie Oceniamy. Wszyscy wszystkich. Hejtujemy – czasem głośno, czasem po cichu. Plotkujemy, obmawiamy, wyolbrzymiamy. Oceniamy, żeby lepiej się poczuć. Z czego to wynika? Poza tym, że to niezły sposób na marnowanie czasu i wymówka, żeby nie brać się za coś trudnego, to dlatego, że ciągle mamy kłopot z własną samooceną, a najlepszą obroną niezmiennie jest atak. Jako dzieci myślimy o sobie najlepiej, jak się da, dopóki nie przyjdzie rodzic, troskliwa babcia, nauczyciel czy kolega, który rzuci – najczęściej mimochodem – hasło typu “ale masz duże uszy”, albo coś takiego. Ja na przykład słyszałam o sobie, że jestem histeryczką, mam za szeroki nos i za małe piersi. Serio, jest tego więcej, ale internetowa psychoanaliza mi niepotrzebna 🙂 W każdym bądź razie rodzimy się kochając siebie i świat, a im jesteśmy starsi i bardziej doświadczeni, i jeżeli mamy trochę pecha w życiu do ludzi, stajemy się małymi krytykantami, we wszystkim i wszystkich potrafiącymi dostrzec coś negatywnego. Najczęściej mamy dobre intencje – chcemy pokazać, że my wiemy, co jest nie tak i co trzeba poprawić, tylko po co? Czy tego samego chcemy dla siebie? Dajmy sobie w końcu spokój z wtykaniem nosa w cudze sprawy i odważmy się zająć SWOIM życiem. Brzmi jak wyzwanie? Jeżeli ktoś nas ciągle krytykuje, ocenia, komentuje nasz wygląd czy wybory życiowe i robi to w toksyczny sposób – dajmy sobie z tą osobą spokój. W ten sposób “rozstałam się” z kilkoma koleżankami, bo zawsze ciągnęły mnie w dół i nie potrafiły docenić. Po co więc udawać, że się dobrze dogadujemy? Jeżeli podobną postawę wobec nas przyjmuje ktoś z rodziny i nie da się z nim rozstać, pracujmy nad swoją samooceną, żeby te komentarze jak najmniej nas dotykały i ograniczmy kontakty do niezbędnego minimum. Zróbmy dobrze sobie, tak dla odmiany. Jak powiedział patron niniejszego artykułu, czyli Viktor Frankl: Przyjmowanie cierpienia, które nie jest konieczne, to masochizm, a nie heroizm. I tyle w tym temacie. Reszta to praktyka. Trudna i często bolesna, ale koniec końców się opłaca. [line] Kiedyś myślałam, że gdy odnajdę siebie, będę szczęśliwa, a wszystkie puzzle złożą się w końcu w piękną układankę. Teraz wiem, że moim zadaniem jest wzięcie odpowiedzialności za swoje życie i podejmowanie decyzji, które są w zgodzie ze mną. Docenianie tego, co mam, dążenie do tego, co chcę i czuła uważność na świat. No i jeszcze miłość, wolność i odwaga, ale o tym niedługo 🙂 No i stało się. Niemożliwe stało się faktem. Pierworodna się zgubiła. Jak?! Jak można zgubić dziecko, pytacie? Trzeba być skrajnie nieodpowiedzialnym, zapatrzonym w swój telefon rodzicem, myślicie? To nie myślcie. Wyobraźcie sobie za to, że jesteście na festynie dla dzieci. Są występy, stragany z plastikowym badziewiem, dmuchańce i jakiś taki plastikowy ruro-pseudo-labirynt na widok którego wasze dziecko wpada w totalny zachwyt. Wchodzi się z jednej strony, wychodzi z drugiej. Proste jak budowa cepa. Nie ma opcji żeby dziecko się tam zgubiło. Dajesz panu 5 zł za wstęp, dziecko ściąga buciki – daje Ci je do ręki, wchodzi, lata chwilę w środku i wychodzi drugą stroną. Ale Twoje nie wyszło. Nie wyszło po 3 minutach, nie wyszło po 5. Wyszły za to dzieci, które weszły po nim. Gula w gardle rośnie, serce przyspiesza. Rozglądasz się z niepokojem. Nie ma. Są tylko te małe buciki w Twoich rękach. Z duszą na ramieniu i młodszym dzieckiem w wózku biegniesz do wejścia i drżącym głosem pytasz pana z obsługi. Nie widział. Żadne dziecko nie zawróciło. Rozglądasz się w panice i nie masz pojęcia co zrobić. Serce wali jak szalone, a na czoło wstępują pierwsze krople potu. Zaczynasz biegać, szukać, wołać. Nie ma. Sekundy są jak godziny, minuty jak lata, a w głowie rodzą się same drastyczne scenariusze. Nie wiesz czy dzwonić na policję czy lepiej nie tracić cennego czasu na telefony i składanie wyjaśnień i szukać na własną rękę. Nie wiesz. Nie myślisz jasno. Wiesz tylko, że go nie ma. Nigdy wcześniej nie czułeś takiej bezsilności i przerażenia. Czujesz jak cierpną Ci dłonie od kurczowego trzymania tych cholernych butów. Ściskasz je jakby były jakimś magicznym amuletem mającym moc przywołania Twojego dziecka. Tego, które przed chwilą z uśmiechem na ustach wskoczyło do festynowego labiryntu. Tego, którego teraz go nie ma. Nagle widzisz. Widzisz je z daleka. Bose i trzęsące się w ramionach jakiejś starszej kobiety. Krzyczysz. Biegniesz. Nie wiesz czy najpierw całować kobietę czy dziecko. Dukasz jakieś idiotyczne i nic nie znaczące dziękuję. Zachłannie wyrywasz dziecko z ramion kobiety, a ono wtula się w Ciebie i płacze. Ty też. Nasza historia ma happy end. Jak zresztą wiele tego typu historii – z placów zabaw, supermarketów, wesołych miasteczek i innych. Niemniej może nasza historia w ogóle by się nie zdarzyła gdyby Pierworodna wiedziała co robić w takiej sytuacji. Niestety jakoś tak wyszło, że mimo iż rozmawiamy z nią o wielu różnych dziwnych rzeczach – kwestia zgubienia się nigdy w naszych rozmowach się nie przewinęła. A szkoda bo być może młoda wiedziałaby wówczas, że powinna się ZATRZYMAĆ. Tak po prostu – zatrzymać się i stanąć w miejscu w momencie w którym zauważyła, że nas/babci/dziadka/innego pociotka nie ma. Gdyby się wtedy zatrzymała to… w ogóle by się nie zgubiła. Zastanawiacie się teraz co tam się stało? Ano po długim śledztwie wyszło, że weszła do tego labiryntu, tam od razu natknęła się jakąś grupkę dzieci, które ją przestraszyły więc zaczęła szybko biec i najwyraźniej bez żadnej pomyłki/zboczenia z trasy pobiegła wprost ku wyjściu. Wybiegła stamtąd z impetem – bo co jak co ale szybko biegać to ona potrafi – zobaczyła, że nikogo z „jej” dorosłych nie ma po tej stronie, więc dawaj pobiegła szukać w tłumie… Tylko tyle i aż tyle. Najprawdopodobniej jej wybiegnięcie od nadejścia kogoś z dorosłych dzieliły sekundy. Nikt o zdrowych zmysłach nie przypuszczał bowiem, że można tak szybko przebiec tę konstrukcję więc kiedy wszyscy stali i czekali aż wyjdzie, a ona w tym czasie coraz bardziej się oddalała. Dlatego znakomita większość organizacji zajmujących się ogólnie pojętym bezpieczeństwem dzieci zaleca by wpoić dziecku, że nie powinno się oddalać od miejsca w którym po raz ostatni widziało opiekuna. Niech po prostu ZATRZYMA SIĘ w bezpiecznym miejscu i zacznie… KRZYCZEĆ. Głośno. Najlepiej nie samo „mamo, tato” bo mam i tat jest pełno – niech wrzeszczy mamo + imię mamy (mamo Alicjo!). Genialny jest też pomysł wyposażenia młodzieży w GWIZDEK. Taki gwizdek kosztuje ledwie parę złotych i można go spokojnie zawiesić na szyi dzieciny na czas imprezy masowej/wycieczki, a jest nieporównywalnie donośniejszy niż piskliwy głosik kilkulatka. Alternatywą jest ustalenie jakiś strategicznych miejsc typu informacja, scena, kasa itd. do których powinno udać się dziecko gdy się zgubi. W mojej skromnej opinii jest to jednak wersja dla starszych dzieci. Przestraszona 3,5-latka na festynie nie byłaby bowiem w stanie odnaleźć organizatorów i powiedzieć im, że się zgubiła i prosi o pomoc. A właśnie „prosi o pomoc”. Bo widzicie – jak zdarzy się czasem jakiś publiczny atak histerii to zazwyczaj znajdzie się usłużny dorosły z „nie płacz/słuchaj mamy bo Cię zabiorę” (argh!). Statystyczna Kowalska interweniująca w sprawie czepeczki też jest już legendarna. Ale na bosego, płaczącego i latającego jak w amoku kilkuletniego krasnala długo nie zwracał uwagi… nikt. Dopiero ta jedna, jedyna starsza pani. Warto więc nauczyć malucha PROSIĆ O POMOC. Najlepiej niech młode celuje w kogoś ze służb mundurowych – policjanta, strażnika miejskiego czy kogo tam jeszcze. Dlatego nigdy i pod żadnym pozorem nie próbujcie straszyć dzieciaka policją. Zupełnie nie rozumiem tego popularnego trendu – nie będę jednak na ten temat pisać bo Agata już dawno to zrobiła – przeczytajcie koniecznie (klik). W praktyce jednak rzadko bywa tak, że młode będzie miało policjanta na wyciągnięcie ręki. Dlatego gdy w pobliżu nie ma nikogo ze służb mundurowych malec po prostu powinien poprosić o pomoc kogoś dorosłego. Najlepiej jeśli będzie to jakaś kobiecina z dziećmi. Wiem, że panowie się obrażą i lament podniosą, ale co ja mogę poradzić. Trzeba nauczyć bajtla celować w tę najbezpieczniejszą opcję, a matka z dziećmi stanowi przynajmniej w teorii mniejsze zagrożenie niż wesoły i skądinąd sympatyczny pan Edmund. Przy okazji trzeba jeszcze nauczyć dzieciaka, że tak nieznajomy, anonimowy Edmund, jak i nieznajoma, anonimowa matka dzieciom mogą stanowić potencjalne zagrożenie. Dlatego trzeba wpoić mu zasadę ograniczonego zaufania (jeśli to nie policjant to nie dajemy się zabrać/wynieść/wsadzić do samochodu itd.), nie strasząc przy tym i nie podkopując dziecięcej wiary w ludzkość. Trudna sprawa. Szkopuł w tym żeby rozmów o trudnych sprawach nie unikać – nawet z trzylatkiem. Nie powielajcie zatem naszego błędu i w delikatny i dostosowany do wieku i poziomu rozwoju bajtla poinstruujcie co ma zrobić gdy straci z oczu opiekuna. My z powodu całej sytuacji wstęp do tych rozmów mieliśmy ułatwiony, ale jak nie wiecie jak zacząć to polecam chociażby książeczki – Zuzia się zgubiła i Maks nie rozmawia z obcymi (o serii pisałam już TU). Są naprawdę fajne i będą stanowiły dobry punkt wyjścia do rozmowy. Fragment książeczki „Zuzia się zgubiła” Nie traktujcie przy tym przytoczonych tu wskazówek jako wyroczni i prawdy objawionej – bo choć ja zebrałam je na podstawie lektury stron przeróżnych organizacji, które generalnie w tych kilku kwestiach (zatrzymaj się, krzycz/gwiżdż, poproś o pomoc – niech dorosły ją zorganizuje, ograniczone zaufanie) są bardzo zgodne – to wiadomo, że wszystko trzeba dostosować do dziecka, jego wieku, możliwości i okoliczności (inaczej przecież będzie w sklepie inaczej na festynie itd.) dlatego wypracujcie sobie swoje schematy działania. Czytajcie. Kombinujcie. Ale w żadnym wypadku nie unikajcie tematu bo jak pokazuje nasz przykład warto być na takie sytuacje przygotowawczym i nie zmienia tego nawet to, że znakomita większość takich chwilowych, przypadkowych zagubień kończy się happy endem. To zresztą prowadzi nas do ostatniej z rzeczy, którą nauczyliśmy Pierworodną, czyli w razie czego NIE BÓJ SIĘ – rodzice Cię zaraz znajdą – to pozwoli jej zachować większy spokój i jasność umysłu, dzięki czemu mam nadzieję wdroży w życie wszystko czego ją nauczyliśmy. Przede wszystkich mam jednak nadzieję, że nikt z was nie będzie musiał kurczowo trzymać bucików zgubionego dziecka… ps. 1. Wirigliusz też się zgubił jako czterolatek, znalazł się… 8 km dalej… ps. 2. I bardzo ważna rzecz – jak już się znajdziecie to nigdy nie krzyczcie na dziecko, że się zgubiło i nie miejcie pretensji. To wyście je zgubili – nie ono was.

jak znaleźć coś co się zgubiło